Grudniowy barometr skoków narciarskich

Wraz z biegiem kolejnego sezonu rozpoczynamy nową serię artykułów, w ramach której przygotujemy dla Was comiesięczne podsumowania skokowych wzlotów i upadków. Na pierwszy ogień idzie grudzień roku 2017, z lekkimi, ale niedecydującymi wpływami krótkiego, listopadowego preludium. Analizę przedstawiam Wam w znanej i lubianej formie sportowego barometru – z plusami, minusami i tymi, którzy się między nimi wahają. Miłej lektury w ramach przygotowań do Turnieju Czterech Skoczni!

Dalekie loty

Richard Freitag – przyznam się bez bicia – nigdy nie spodziewałem się, że wąsaty dziś Niemiec będzie kiedykolwiek w stanie ustabilizować wysoką formę na poziomie chociażby jednego periodu PŚ. Kojarzyłem go raczej z tym, że tydzień po wygranych konkursach lądował w czwartej dziesiątce zawodów, a szczytem jego wysokiej i stabilnej formy była granica pierwszej i drugiej dziesiątki. Tymczasem w pięciu grudniowych konkursach Piątek najniżej plasował się na miejscu drugim – dwukrotnie, a najwyżej na pierwszym – trzykrotnie. To robi wrażenie i gdyby nie chodziło o Freitaga, mogłoby być pewną zapowiedzią całosezonowej dominacji. Ale żeby wyciągać takie wnioski, musimy poczekać na TCS. Jeśli tam wąsacz numer 3 się nie spali, można spodziewać się po nim kapitalnego sezonu.

Tomasz Pilch – zawsze, kiedy wieszczymy rychły kryzys polskich skoków, znienacka pojawia się ktoś, kto sprawia, że znowu siadamy przed telewizorami jak za starych, małyszowych lat. Tomek nikogo jeszcze przed telewizor nie przyciągnął – wszak transmisje z Pucharu Kontynentalnego to wciąż wyjątki raczej niż reguła – ale osiągnął w Pucharze Kontynentalnym wynik porównywalny z tymi, który przed awansem do pierwszej ligi notowali tam Stefan Kraft i Thomas Diethart. Podobnie jak w przypadku lidera Pucharu Świata, lider kontynentala zostanie wystawiony na wielką, w jego przypadku debiutancką próbę podczas Turnieju Czterech Skoczni. Ściskamy kciuki, bo kiedy idzie o ocenę potencjału wyniki są zawsze wymierne – i Tomek ten potencjał ma ogromny.

Junshiro Kobayashi – kolejny plus z kategorii „nie spodziewałem się”. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek z całkiem licznej grupy startujących od paru lat w Pucharze Świata „młodych” Japończyków będzie w stanie przebojem wedrzeć się do czołówki pucharowych zmagań. Były takie momenty kiedy wielkie nadzieje wiązaliśmy z Reruhim Shimizu. Później jeszcze solidnie radził sobie brat Junshiro, Ryoyu Kobayashi. Ale dopiero skoki 26-latka z Hachimantai dały Japończykom jakość, która dotychczas zarezerwowana była dla Kasaiego, Ito i wyskoków Takeuchiego. Biorąc pod uwagę, że sportowo Japończycy są „małymi gospodarzami” tegorocznych igrzysk jeśli chodzi o skoki – Junshiro ma okazję zapisać kolejną piękną kartę historii tej dyscypliny w Kraju Kwitnącej Wiśni. Bo na ten moment nie zapowiada się, by Noriaki obronił medal z Soczi…

Stefan Hula – stabilizacja formy Stefana na solidnym, pucharowym poziomie jest jedną z najwspanialszych rzeczy, jaka zdarzyła się polskim skokom. Serio, nie trolluję. A jeśli uważacie, że to robię, to pokażcie mi drugiego naszego skoczka, który po latach przeciętności pomieszanej z mizerią wybił się na jedną z czołowych postaci kadry. Hula skacze w tym roku jeszcze lepiej niż przed dwoma laty, kiedy to ciągnął na własnych barkach znajdującą się w zupełnym kryzysie polską reprezentację. Dzisiaj nie jest już liderem – na swój wysoki poziom wrócili bowiem jego koledzy z kadry, ale świeżo upieczony mistrz Polski jest niezwykle istotnym punktem układanki Stefana Horngachera i jeśli utrzyma formę – czwartym do brydża, którego stawką jest złoto olimpijskie w drużynie.

…tymczasem w środku stawki…

Johann Andre Forfang – reprezentacja Norwegii na przestrzeni lat wydaje się mieć kilka typów zawodników, które w określonym przedziale czasu po prostu muszą się objawić. Jeśli za jeden z nich uznamy zawodnika, który jest komicznie niestabilny – to Forfang wypełnia normę w kadrze Alexandra Stöckla. Rekordzista Salpausselki (tak będzie za 10 lat zapamiętany, wspomnicie moje słowa!) jak na razie skacze na poziomie przysłowiowego pudełka chińskich czekoladek – a to oznacza, że chociaż zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni raczej mu nie grozi, to złoto olimpijskie zdecydowanie może się Norwegowi trafić.

Dawid Kubacki – nikt chyba nie zaprzeczy, że z samej puli umiejętności jaką posiada, Kubacki jest skoczkiem na czołową dziesiątkę Pucharu Świata. Problem w tym, że od paru sezonów skacze jak zaklęty – a jak zwykle w takich przypadkach bywa, rzuconym na niego zaklęciem jest pewnie blokada psychiczna. Podobnie jak każda inna, ta zima miała (mogła?) należeć do Dawida – i podobnie jak każda inna należy, jeśli odejmiemy od ogólnego rozrachunku konkursy, a pozostawimy kwalifikacje i treningi. Niemniej jednak widać, że skoki Kubackiego zaczynają wyglądać naprawdę dobrze. Praktycznie jest w tej chwili naszym numerem dwa, bo skacze solidniej od Żyły. Udaje mu się skakać na poziomie pierwszej dziesiątki PŚ (na poziomie – bo fizycznie jeszcze w niej nie jest), a to już istotny krok, żeby ustabilizować formę na poziomie własnego potencjału. A ten ma w sobie zamontowany, tykający coraz głośniej zegar, bo przecież Dawid ma już 27 lat i o ile nie pójdzie w ślady Jana Matury (wersja optymistyczna) bądź Stefana Huli (wersja minimum!), to za parę lat jego wielkie szanse zaczną się ulatniać.

Reprezentacja Finlandii – Finowie są jedną z tych nacji, które mają przywilej nie lądowania w tym rankingu na poziomie ujemnym – z ich pozycji jest to już niemożliwe. Ten sezon udało im się zacząć jednak umiarkowanie pozytywnie i jest to wynik pozytywny również przyszłościowo. Głównie dlatego, że wreszcie w Pucharze Świata zaczęli odnajdywać się fińscy juniorzy, którzy w ostatnich latach mieli być szansą na wyjście z dołka. Co prawda jest to drugi rzut tych juniorów – pierwszy, na czele z Santerim Ylitapio i Miką Ylipullim, gdzieś się pogubił, ale Antti Aalto i Eetu Nousiainen też mają papiery na solidnych skoczków. Na razie zaczęli skakać na poziomie czwartej dziesiątki Pucharu Świata. Jest to niewielki, ale jednak postęp, który pozwala wierzyć, że nie wszystko w Krainie Tysiąca Jezior jest stracone.

Noriaki Kasai – niestety, wszystko wskazuje na to, że szarża długowiecznego samuraja może zakończyć się w najmniej odpowiednim momencie – tuż przed rozgrywanymi na jego kontynencie igrzyskami olimpijskimi. Szczególnie, że letnie występy Noriego (jak co roku, pojawił się tylko w domowych zawodach) nie sugerowały obniżki formy. A ta w grudniowych zawodach okazała się faktem – Kasai punktował tylko raz, podczas jednoseryjnego konkursu w Titisee-Neustadt. Ostatecznym sprawdzianem w jego przypadku będą styczniowe Mistrzostwa Świata w Lotach – gdzie jak gdzie, ale właśnie tam Japończyk ma szanse po raz kolejny zaszokować świat. Jeśli to mu się nie uda – będziemy mogli już na poważnie zacząć się martwić, że jedna z najwspanialszych historii w skokach narciarskich musi się jednak skończyć…

Grudniowe wpadki

Reprezentacja Czech – Czesi od lat zdawali się z wolna chylić ku upadkowi. Wieloletni brak solidnych juniorów upływał jednak w cieniu świetnych wyników Jakuba Jandy, Romana Koudelki i Jana Matury. Gdzieś po drodze praktycznie rozpadły im się obiekty w Libercu i Harrachovie, ale przecież pod tym względem Czesi nie stoją wiele gorzej od nas, a samo zaplecze treningowe nie jest wyznacznikiem szans w Pucharze Świata. Aż tu nagle parę lat temu objawiło się złote… no dobra, może nie złote – srebrne pokolenie czeskich juniorów. Złoty jest z niego Viktor Polašek, ale świetnie zdążyli zaprezentować się również Tomas Vančura i Vojtech Štursa. A w tle jest jeszcze parę innych nazwisk, które mają papiery na pucharową solidność. No i co? No i Czesi uzbierali w grudniu 3 punkty Pucharu Narodów. Niemniej jednak widać światełko w tunelu, a są nim dobre występy Polaška podczas Pucharu Kontynentalnego w Engelbergu.

Klemens Murańka – przykro jest patrzeć kiedy skoczek, o którym wiemy, że jest dobry, totalnie gubi się na wszystkich poziomach zawodów. A przecież Klemens nie jest wielce niespełnionym talentem. Niespełnionym – owszem, jeśli weźmiemy pod uwagę kreowanie go na następcę Adama Małysza w okresie, kiedy miał 12 lat. Ale jako młody skoczek i tak osiągnął przecież sporo – ma za sobą solidne występy w Pucharze Świata i brązowy medal w drużynie na światowym czempionacie. Załamanie Murańki do stanu, w którym nie jest w stanie sięgać po punkty Pucharu Kontynentalnego jest czymś nowym i mam nadzieję, że przejściowym. Sam skoczek ma przecież wszelkie warunki ku temu, by wypracować swój powrót do Pucharu Świata, a przypadek Stefana Huli pokazuje, że nigdy nie jest na to za późno. Murańka jest spalony jako talent – ale nie jako skoczek.

Michael Hayböck – parafrazując polityczny klasyk, można powiedzieć, że silni ludzie stworzyli w Austrii ciężkie czasy. Bardzo często, kiedy złote pokolenie przemija, ludzie obiektywnie i pokornie zauważają, że następcom może nie udać się powtórzyć sukcesów poprzedników – ale wokół austriackich skoków na przełomie dekad zdążyła wytworzyć się atmosfera wiecznej wielkości i perspektywa długofalowej dominacji. Bo przecież obok Słowenii to właśnie Austriacy słyną z najlepszego szkolenia juniorów, wypuszczając co jakiś czas wielkie talenty na szerokie wody Pucharu Świata. I oto mamy rok 2017, w którym wicelider kadry Heinza Kuttina najwyżej w pierwszej części Pucharu Świata plasuje się na 15. miejscu, zajmując 29. miejsce w generalce Pucharu Świata. Pojęcia „wicelider” używam tutaj oczywiście w znaczeniu ogólnym – wyżej w klasyfikacji znajdują się bowiem Manuel Fettner, Daniel Huber i Clemens Aigner. Ale to właśnie Hayböck jest obok Krafta tą strzelbą, która ma stanowić o sile austriackiej reprezentacji. Powinien być pewniakiem, który wspólnie ze Stefanem ciągnie kadrę w kierunku olimpijskich medali – a tymczasem w praktyce nie wypada lepiej od zawodników uznawanych dotyczas za zaplecze. Oczywiście wpływ na to może mieć kontuzja, jakiej doznał podczas okresu przygotowawczego, ale rzecz w tym, że jego skoki nie poprawiają się z biegiem sezonu. Michael nie brylował również podczas występów w Letnim Grand Prix. Jeśli nie przełamie swojego kryzysu, ta zima będzie dla Austriaków fatalna. Bo nikt z drugiej ławki nie kwapi się, by wejść na deski narciarskiego teatru i zastąpić Hayböcka na pozycji jednego z liderów kadry.

Peter Prevc i reprezentacja Słowenii – z wyjątkiem niedawnego wyskoku Petera Prevca i dawnego wyskoku Primoža Peterki, Słoweńcy zawsze byli jedną z najbardziej chimerycznych nacji w skokach narciarskich. Niby wiadomo, że są silni. Niby wiadomo, że mają silną ławkę rezerwowych i świetne zaplecze juniorskie. Niby wiadomo, że są zdolni wygrywać pucharowe konkursy zarówno indywidualnie, jak i – nawet bardziej! – w drużynie. Tylko że słoweńskie skoki zawsze były rosyjską ruletką. Zazwyczaj ktoś, najczęściej Jurij Tepeš, w kluczowych momentach tej ruletki postanawiał jednak targnąć na świetny wynik i ta mała alpejska nacja zostawała z pustymi rękami. Ale ten sezon jest inny – Słoweńcy, z chlubnym wyjątkiem Jerneja Damjana, już nawet nie pretendują do światowej czołówki. Popadli w przeciętność, a najlepszym tego dowodem są wyniki dwudziestego w Pucharze Świata Petera Prevca. Zjazdu jego brata na razie nie skomentuję – on ma jeszcze czas i predyspozycje do tego, by nie skończyć jak Rune Velta. Tradycyjnie, jedynie w kontynentalu Słoweńcy trzymają gardę, bijąc się tam dzielnie z Austriakami (jak co roku) i Tomaszem Pilchem. Wydaje mi się, że faktyczny problem blokujący tę reprezentację leży, a raczej stoi na platformie trenerskiej – i jeśli z Pjongczangu bracia Prevc i spółka wyjadą z pustymi rękami, to za rok Gorana Janusa nie ujrzymy już ze słoweńską chorągiewką w rękach.

Udostepnij!

Dodaj komentarz