O takim jednym, co wskoczył do historii.

Szaleństwo sobotniej nocy na skoczni w Bischoschofen zapadnie nam na długo w pamięci. Kamil Stoch z Turnieju Czterech Skoczni zorganizował sobie teatr jednego aktora. Dodał kolejny wpis na swojej liście trofeów. Kolejny wpis, który nie jest tylko zwykłym zwycięstwem, on dołożył do niego wyrównanie rekordu Hannawalda.

I choć różne osoby ze środowiska rozpoczęły spór czy Stoch rekord Hannawalda wyrównał, czy może pobił, to najlepiej w tym wszystkim odnajduje się sam Kamil. Zostawia te wszystkie dyskusje dziennikarzom, a sam, twardo stąpając po ziemi, wyznacza sobie kolejne cele. No właśnie, to też pewien szczegół, który u Kamila jest już normą. Po każdym swoim zwycięstwie, kiedy zasłużenie chcemy go wszyscy nosić na rękach, to on sam grzecznie z nich schodzi, trochę poświętuje, ale mając z tyłu głowy cele do wykonania. To nie jest tak, że on nie celebruje swoich triumfów. To byłoby niezdrowe, to zabija sportowców, którzy wiecznie chcą bardziej, lepiej i dalej. Stoch cieszy się i było to widać kiedy na rękach po triumfie został obnoszony przez kolegów po skoczni. On nasyca swój głód tymi triumfami, ale nie odpuszcza, nie spoczywa na laurach. Profesjonalista pełną gębą.

Ileż szczęścia mieliśmy, kiedy po Adamie przyszedł Kamil. Nie ma miarodajnego rankingu mierzącego miejsce w historii wszechczasów poszczególnych skoczków, bo przecież jedni specjalizowali się w igrzyskach olimpijskich, a inni w Pucharach Świata. Z całą pewnością możemy jednak powiedzieć, że nasi Panowie są w czołowej dziesiątce tej dyscypliny od powstania Pucharu Świata. Trafił się nam ten niesamowity komfort przekazania pałeczki bez straty jakości. Przygotujmy się, że po Stochu takiego komfortu już pewnie nie będzie, bo to jednak bezprecedensowa sytuacja. Sam Małysz był jak wygrana w lotka. Jakimś cudem przyszedł po nim ktoś równy jego umiejętnościom. Tym bardziej doceńmy to, czego jesteśmy w ostatnich dniach świadkami.

Wszyscy jednak pamiętajmy za radą Kamila, że ten sezon to głównie Igrzyska. Póki co nie ma potrzeby się obawiać, że forma, jaką prezentuje nasz skoczek, wystrzeliła za wcześnie. O stokroć wole przypadek Kamila niż dołek Krafta i tego się trzymajmy. Za tydzień wrócimy do codzienności, czas na spokój w głowach skoczków i spokojnie docieranie (się) do Igrzysk.

Martwi forma reszty zespołu, a w zasadzie dyspozycja Macieja Kota. To właśnie ten przypadek, gdy zawodnik trochę przegrywa ze swoją ambicją, zadaniem dla sztabu będzie oczyszczenie głowy Maćka. To, że ma możliwości, wszyscy wiemy. Ufam jednak trenerowi Horngacherowi w stu procentach i czekam na jego pomysł na tę sytuację.

Na zakończenie proszę nas, kibiców, o jedno: nie wieszajmy jeszcze złota Igrzysk na szyi Kamila. To będą całkiem inne zawody na drugim krańcu świata. Nasz skoczek ma wszelkie predyspozycje by być tam najlepszym, ale nie on sam liczy na złoto. Dodatkowa presja nie pomoże. Pozwólmy mu robić swoje i po swojemu.

Udostepnij!

Dodaj komentarz