Podsumowanie ZIO PyeongChang 2018

Pawel Relikowski / Polska PressNastępne

Koniec. Rozpoczynamy kolejne odliczanie do dnia, kiedy przedstawiciele wszystkich sportów zimowych spotkają się w jednym miejscu. Zawodnicy i kibice wrócą teraz do swoich sportów, jednak zanim wszyscy się rozejdziemy, zapraszam na subiektywny i krótki przegląd tego, co zostanie zapamiętane z Pjongczangu.

Zanim ruszyły koreańskie zmagania wszyscy zastanawiali się, na ile brak gwiazd NHL wpłynie na atmosferę Igrzysk. Wpłynął bardzo mocno. Hokej, który od wielu lat stał się koronną konkurencją Igrzysk, którym interesuje się cały świat. Coś jak bieg na 100m podczas letniego odpowiednika. I ta właśnie spajająca wszystkich dyscyplina niemal zniknęła. Została gdzieś w cieniu, trochę jak całe te Igrzyska chyba. Oczywiście emocje były, niespodzianki były, ale jakoś nie ma to temperatury, kiedy gra nie wiadomo, który garnitur danych reprezentacji. Kolejnym smutnym faktem jest to, że w hokeju powoli zanika idea meczów reprezentacyjnych, bo przecież Mistrzostwa Świata to też taki nie do końca pierwszy garnitur poszczególnych zespołów. Przegrywamy, o ile już nie przegraliśmy z komercją w tej dyscyplinie.

Pjongczang miał być też trochę pobudką dla tej części Azji na sporty spoza lodowisk. Poważnych zawodników z dnia na dzień się nie wykształci, ale kibiców to już łatwiej zachęcić. Tak niestety nie było, konkurencje tradycyjnie obdarzone w Europie sporą estymą Koreańczykom nie przypadły do gustu. Smutne były obrazki z biathlonowych tras, kiedy świeciły one pustkami. Koreańska impreza stała się trochę telewizyjnym show, bez udziału rodzimych kibiców. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w Pekinie pod tym względem może być tylko gorzej.

Żeby nie było tak pesymistycznie to trzeba powiedzieć, że sportowcy chociaż dopisali. W szczególności jedna Pani, czyli Ester Ledecka. Czeszka jakby z innej bajki, która zauroczyła sobą cały świat. Przypomnijmy, że Ledecka została zwyciężczynią w narciarskim supergigancie oraz snowboardowym slalomie gigancie równoległym. Człowiek orkiestra.

W historię zimowych Igrzysk wpisała się także Marit Bjoergen jako najlepszy sportowiec z ośmioma złotymi medalami na koncie. Choć ten tytuł, jest przynajmniej z polskiej perspektywy trochę niesmaczny. Nie odbieram Marit talentu i umiejętności, ale wszyscy wiemy, czym to trochę śmierdzi. Gdyby ktoś był dokładny to symbicortem trochę zajeżdża.

W kompletnie innym kontekście na karty historii wpisała się Amerykanka z węgierskim paszportem Elizabeth Swaney. Zawodniczka ta wykorzystując luki w przepisach zakwalifikowała się na Igrzyska i wystartowała w kwalifikacjach halfpipe’u w narciarstwie dowolnym. Wykonała swój przejazd bez choćby jednej akrobacji, argumentując swój przyjazd do Korei stwierdziła, że jej marzeniem było po prostu wystąpić na Igrzyskach. No i należy postawić pytanie. Pilna uczennica Pierre’a de Coubertin’a, czy raczej zrobiła karykaturę z idei, że start na Igrzyskach jest najważniejszy? Stawiałbym na to drugie, bo idea startu na Igrzyskach jest według mnie równoznaczna z ideą walki. Tej walki tutaj zabrakło. Zaznaczam jednak, że cały czas jestem wahający się w tej sprawie.

Nie da się pominąć także braku Rosji na tych Igrzyskach, a raczej udawania, że jej nie ma. Rosja biła z wielu zakątków koreańskich aren. MKOL ruszył na wojnę z dopingiem, tyle że miejscami poszedł na tyle ostro, że skarcił sportowców niewinnych, a przynajmniej takich o których winie nic nie wiadomo. Sam się bije z myślami, bo przecież walczyć z dopingiem trzeba i to stanowczo, ale mimo wszystko nie jestem zwolennikiem metody, że cel uświęca środki.

Jest jeszcze jedno wydarzenie, które znalazło się na mojej liście przypadków wartych odnotowania. Wspólna koreańska drużyna w hokeju kobiet. Znowu trafiamy na przypadek, że cel uświęca środki. Tym smutniejszy, że i cel mizerny. Chcąc pokazać światu jedność w czasie Igrzysk połączono symbolicznie reprezentację obu zwaśnionych Korei na czas imprezy w Pjongczangu. Cała ta jedność jest jednak dość sztuczna. A reprezentantki Korei Południowej, które miały przed sobą być może najważniejszą imprezę życia nie za bardzo pytano o zdanie. I tak część kadry wyrzucono, aby zrobić miejsce koleżankom z północy. Ta część zespołu z południa, która została nie miała już o co walczyć z dokooptowanymi nowymi zawodniczkami, bo znalezienie wspólnego języka w zespole robionym na kolanie i na kilka dni przed imprezą było zadaniem niewykonalnym.

A co przede wszystkim zapamięta kibic z Polski? Ano, że dobrze nie było, ale fatalnie chyba też nie. Wróciliśmy do miejsca w szeregu z którego wyrwaliśmy się na krótko i wbrew logice. Rozpoczynamy kolejną dyskusję o stanie naszych sportów zimowych z której wątpliwe, żeby wyniknęło coś sensownego, choć trzeba mieć nadzieję. Na plus skoczkowie i mimo wszystko biathlonistki, reszta kadry robiła swoje, ciężko było oczekiwać od nich więcej.

Skoro podsumowujemy całe Igrzyska, to warto rzucić okiem na klasyfikację medalową. Wygrywa Norwegia przed Niemcami i Kanadą. Triumfatorzy zgarnęli 38 medali w tym 14 złotych. Zaskoczeniem może być miejsce Niemiec, które przed czterema laty były na 6. pozycji. Rosja po triumfie w Soczi i późniejszych perturbacjach spada na dopiero 13. miejsce. Polska jest 20.

Za 4 lata widzimy się w chińskim Pekinie. Państwo Środka też średnio miłuje klasyczne narciarskie dyscypliny, ale to za 4 lata, nie ma póki co snuć zbędnych wniosków. Pomimo wielu rzeczy, które mogły przeszkadzać w odbiorze koreańskiej imprezy, stoję jasno na stanowisku, że jeśli stracimy ducha Igrzysk, to sport nie będzie już taki sam. Będzie gorszy. Pilnujmy, by ta piękna idea nie wymknęła nam się z rąk.

Udostepnij!

Dodaj komentarz