Słodko-gorzkie Igrzyska w Pjongczangu. Te w Pekinie będą już tylko gorzkie…?

foto: East News

Igrzyska w Pjongczangu polski kibic zapamięta jako te nieudane. Pomimo tego, iż nasza kadra osiągnęła trzeci najlepszy wynik w historii zimowych Igrzysk, choć co prawda jechaliśmy w najliczniejszym gronie w całej historii polskich wyjazdów na zimową imprezę czterolecia. W czym tkwią nasze problemy i gdzie szukać jego rozwiązania?

Tylko Vancouver i Soczi były dla nas lepsze, tyle że były to dwie ostatnie Olimpiady. Polski kibic został rozpieszczony. Problem w tym, że związki i działacze nie rozpieszczali sportowców. Zanim zaczniemy jakąkolwiek dyskusję o sportach zimowych, trzeba zdać sobie sprawę, że to jednostki przywoziły nam medale z USA, Włoch, Kanady, Rosji. Pojedyncze jednostki wbrew systemowi. Byli to Adam Małysz, Tomasz Sikora, Justyna Kowalczyk, Kamil Stoch i Zbigniew Bródka. Z 16 polskich medali przywieźli oni 13. Jedynym wyjątkiem potwierdzającym regułę są panczenistki i panczeniści, zdobyli oni medale w drużynie, jak gdyby istniała infrastruktura, czy system. Zatem na początku ustalmy, Polakom na zimowych Igrzyskach medale od zawsze przywozili pojedynczy sportowcy i to nie jest tak, że robimy coś źle od 4 lat, mamy problemy od dziesięcioleci. Kumulacja pojedynczych gwiazd zdobyła laury cztery i osiem lat temu, nie miało prawa to jednak trwać wiecznie.

I oto stajemy w lustrze po koreańskich Igrzyskach. Co widać? Dla mnie bardzo przygnębiającym dniem, były starty sprinterskie w biegach narciarskich. Jak obwieszczały nam media jedną z największych polskich niespodzianek Igrzysk, zrobił Kamil Bury wskakując do ćwierćfinału sprintu. Sukces tego Pana, rzeczywiście jest spory, biorąc pod uwagę, że o starcie w Korei dowiedział się dopiero pod koniec stycznia. Jednak największa niespodzianka Igrzysk dla czterdziestomilionowego kraju to awans 22-latka do ‘30’? Dla mnie jest to miara słabości naszej kadry. Gdyby ktoś szukał powodów porażki polskich biegów na tegorocznej imprezie, to Maciej Staręga zgrabnie to wyjaśnił. Wyznał on w jednym z wywiadów, że w Zakopanem zasypano trasy biegowe na rzecz parkingów przed PŚ w skokach. Kolejna smutny wniosek, jaki można wyciągnąć to taki, że najpewniej gdyby Justyna Kowalczyk zdecydowała się jeszcze na starty w Pekinie, to i tak pewnie byłaby najlepszą polską biegaczką. Zaplecze, jeśli jakieś było, to pozwoliliśmy mu umrzeć śmiercią naturalną. Nie dopilnowaliśmy biegów.

Co gorsza, obawiam się także, że nie dopilnujemy skoków. Nie chcę, żeby Państwo zrozumieli moje słowa jako krytykę i tylko krytykę, skoro się nawet skoków czepiam, ale problem jest. Zasygnalizował go jednoznacznie Jakub Kot w studiu Eurosportu. Nie ma czynnych skoczni dla młodych adeptów w Zakopanem, nie wystawiamy zawodników na Puchary Świata organizowane w Polsce, bo nie mamy jak zapełnić limitu. Nasza obecna kadra wiekowo jest koło trzydziestki. I może nie ma co lamentować, bo kto by się spodziewał po Stefanie Huli przed czterema laty, że doskoczy do medalowego poziomu. Ja problem jednak widzę, bo Stefan Hula był jednym z wielu na zapleczu polskich skoków, a dziś na tym zapleczu jest już tylko grupka, a może być jeszcze mniej. Na juniorskie zawody w Słowenii, czy Norwegii jeździ więcej zawodników niż na seniorskie Mistrzostwa Polski. To chyba o czymś świadczy.

Lista grzechów jest jednak znacznie dłuższa. Tor bobslejowy to mrzonka, której się za szybko nie doczekamy. Narciarstwo alpejskie też jest rozłożone na łopatki.

Jak zatem wyjść z zakrętu, na którym to jesteśmy od zawsze? Nie wiem.

Po kolejnych Igrzyskach nawet tych udanych pojawiała się zawsze dyskusja, żeby może skupić się na dyscyplinach bardziej medalowych. I tak jak Holendrzy znaleźć swoje panczeny, albo tak jak Azjaci swój short track. Tego według mnie zrobić się nie da. Nie można wcisnąć magicznego guzika i powiedzieć trenerom, zawodnikom, że właśnie przestawiamy się na bardziej medalodajne sporty. Polska jest zakorzeniona przede wszystkim w narciarstwie klasycznym i biathlonie i z tego nie uciekniemy. Choć tak, nawiasem mówiąc, wolę wielodyscyplinowe polskie średniactwo niż worek medali tylko z jednej dyscypliny.

Należy zauważyć, że to co widzimy w telewizorze na Igrzyskach jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Cała sprawa rozgrywa się w małych klubach w Polsce. Sport to nie jest przede wszystkim sposób na łaskotanie narodowych ambicji. Sport to zdrowie. Wiem, że banał, ale tak na to musimy spojrzeć. Zagrzewać kolejnych młodych adeptów do ruchu, a z dziesiątek takich dzieci wyskoczą nam medalowe jednostki. Tyle że do tego musi być infrastruktura, muszą być czynne skocznie i trasy. To zadanie dla działaczy.

Właśnie w związkach też by się znalazło coś do poprawy. Andrzej Bachleda-Curuś w jednym z wywiadów stwierdził, że łazimy w błocie, w prywacie. To jest spora część problemu. Leśnie dziadki to nie tylko domena PZPNu sprzed kilka lat. Właśnie wcześniej wspomniane narciarstwo, które leży pod egidą PZNu znalazło się w słabym stanie. Najdobitniej pokazała to afera jeszcze sprzed Igrzysk, kiedy to nie wiadomo było, który polski alpejczyk pojedzie do Korei. PZN od jakiegoś czasu stał się Polskim Związkiem Skoków Męskich i to trzeba zmienić.

Wracając do pomysłu toru bobslejowego to niedawno czytałem, że idea bezsensowna, bo taki tor to głównie generator kosztów. Sama prawda, ale w momencie gdy nie będzie sponsorów, a ich nie będzie, gdy nie będzie wyników, a tych nie będzie bez polskiego toru. Koło się zamyka, żeby koło otworzyć ktoś musi podjąć odważną decyzję właśnie o budowie takiego obiektu. Jesteśmy czterdziestomilionowym krajem, to do czegoś zobowiązuje. Mistrzostwa Polski rozgrywane na Łotwie to kolejna miara naszego amatorstwa w pewnych sprawach.

Warto skończyć też z przeświadczeniem, że my to w sumie tych gór mamy niewiele i nie takie jak w Austrii, czy Niemczech. Znowu sama prawda, ale kto powiedział, że ilość gór przekłada się na medale? Zabawmy się w sporty zimowe też trochę niżej. Płaska jak stół Białoruś, która nie jest szczytem technologicznego postępu, od Igrzysk w Lillehammer zgarnęła 18 medali.

No i to kolejny problem, który można pogrubić. Oczywiście nie staniemy się drugimi Niemcami, ale polskie uczelnie i związki sportowe też mogłyby zacieśnić współpracę. Na polu technologicznym tracimy do konkurencji w większości dyscyplin.

Trochę też uwydatniła się polska amatorka w trakcie Igrzysk wśród sportowców. Dla mnie przejazd bez maski Mateusza Sochowicza był raczej szczytem niezorganizowania niż odwagi i zdecydowanie należy go ganić, a nie chwalić tak jak to robiła nasza TVP. Filmiki Weroniki Nowakowskiej choć zrozumiałe to jednak także troszkę amatorstwo, paru głupców zawsze się znajdzie, trzeba było Weronikę od pewnych rzeczy odciąć, albo to ona powinna odciąć się sama. Cała ta akcja musiała ją przecież kosztować sporo energii.

No i jeszcze pieniądze, sprawa, która w takiej dyskusji zawsze musi się znaleźć. Być może Państwa zaskoczę, ale to nie jest tak, że w polskim sporcie pieniędzy nie ma. Tyle, że gubimy je niepotrzebnie. Zagraniczne zgrupowania są drogie i nie dla wszystkich. Treningi w Polsce byłyby znacznie tańsze i dla każdego. Tylko trzeba mieć na czym trenować.

Ten artykuł nie ma być wieńczącym dyskusję, a raczej przyczynkiem do niej. Reasumując, polskie sporty zimowe muszą wyjść z ery romantyzmu i przeskoczyć w pozytywizm. Idąc tym tropem powinna się pojawić w dalszej kolejności Młoda Polska. Bez tego nie ruszymy z miejsca i podsumowanie Włodzimierza Szaranowicza z Igrzysk w Nagano sprzed 20 lat będzie aktualne jeszcze przez kolejne długie lata:

„Pieniądze trzeba podzielić na przygotowania, jak i na upowszechnienie sportu wśród młodzieży. (…) Bez tego nie przekroczymy różnicy między amatorstwem, a zawodowstwem, między sztuką wydawania pieniędzy, a ich marnotrawieniem.”~Włodzimierz Szaranowicz

Udostepnij!

Dodaj komentarz